Jestem Warszawiakiem stosunkowo świeżej daty, z zaledwie 8-letnim stażem. Czy w moim przypadku słowo „Warszawiak” nie jest zresztą nadużyciem skoro nawet w dowodzie osobistym nie mam wpisanej Warszawy jako miejsca zamieszkania? Cóż, zostawmy na boku terminologię – grunt, że ładnych parę lat już tu mieszkam i niewiele wskazuje, aby ten stan miał ulec zmianie w bliżej przewidywalnej przyszłości. Myślę, że po tych dwóch pierwszych zdaniach łatwo się domyślić, że „warszawska historia” jest dość banalna. Przyjechałem do Warszawy na studia, później znalazłem pracę i w ten oto sposób stałem się jednym z tych, o których prawicowi blogerzy lubią pisać z przekąsem „młodzi, wykształceni, z większych ośrodków”.
Uczono mnie zawsze, aby unikać wszelkiej generalizacji ale mimo wszystko mam wrażenie, że jeśli chodzi o stosunek do nowego miejsca zamieszkania to owi stołeczni „imigranci” dzielą się zasadniczo na dwie kategorie. Pierwsi rzucają się poznawać Warszawę z gorliwością neofitów. Zgodnie ze starannie przygotowaną listą zaliczają więc po kolei wszystkie zabytki i szeroko rozumiane „miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć”, zapisują się do gronowych lub fejsbukowych list typu „Warszawa nieznana” i oczywiście pstrykają fotki na potęgę. Inni podchodzą do Warszawy z obojętnością lub wręcz odrazą, dając wyraźnie do zrozumienia że przywiodła ich tu jedynie pogoń za karierą i nawet gdy zakotwiczą się w stolicy na stałe, to wciąż myślą o niej jako o obcym mieście. Do końca życia nie zapomnę chyba znajomego, który 99 procent swojego 5-letniego pobytu w Warszawie spędził wyłącznie na pokonywaniu trasy Akademik – Politechnika i z powrotem. No cóż, skoro ojczyzna tak rozpaczliwie potrzebuje ponoć inżynierów i informatyków powinienem chyba przymknąć oko na to drobne dziwactwo.
Ja mieszczę się gdzieś pomiędzy tymi obydwiema kategoriami. Do Warszawy od samego początku miałem stosunek, który nazwałbym ostrożnie życzliwym. Jedynym dużym miastem jakie miałem okazję do tamtej pory poznać w miarę dogłębnie był Kraków, a wieku 19 lat nie sądziłem, że może istnieć w Polsce gorsze miejsce do życia (zdania w tej sprawie zresztą nie zmieniłem). Mimo wszystko o Warszawie wiedziałem jednak wtedy niewiele więcej niż przeciętny Polak. Owszem, wiedziałem że stolica. Słyszałem też o Warsie i Sawie, królu Zygmuncie III co przeniósł stolicę do Warszawy bo mu lekarz zalecił wiejskie powietrze, o powstaniu warszawskim i powojennej odbudowie, o tym że na prawym brzegu biją i rabują, a dzieciaki z prestiżowych liceów prowadzą się jak w Beverly Hills 90210. Aż prosiło się, aby skorzystać z okazji by tę wiedzę poszerzyć ale pod tym względem mój zapał okazał się mocno umiarkowany. Połowa miasta wypadła z mojej strefy zainteresowań już na wstępie, po tym jak w dzień egzaminów wstępnych musiałem rozstać się na Grochowie (bynajmniej nie z własnej woli) z plecakiem i portfelem. Czyżby ostrzegawczy znak od siły wyższej? Tak przynajmniej sądził ojciec - do dziś nieprzekonany do mojego pomysłu na zamieszkanie w stolicy. Opatrzność, nie Opatrzność - uznałem że poznawanie „prawdziwej, przedwojennej Warszawy” jaką rzekomo można naleźć po prawej stronie Wisły nie jest warte powtarzania tej przygody. Rzecz jasna wyższa konieczność zmuszała mnie czasem do nadwyrężania tego postanowienia. Nie było wtedy tak tragicznie – wieczorny spacer pod krawatem przez fragment Stalowej miał nawet w sobie nieco pieprzyku. Chęć zwiedzania Pragi et consortes minęła mi jednak bezpowrotnie. Z lewym brzegiem sytuacja wyglądała już inaczej. W tym wypadku podchodziłem do sprawy czysto pragmatycznie – po co włóczyć się po dzielnicach, gdzie nie mam żadnej sprawy do załatwienia?
Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie, że początkowo Warszawa za bardzo mnie przytłaczała bym odważył się na większe eskapady. Oczywiście ta naturalna nieśmiałość prowincjusza w końcu mi przeszła ale też muszę wspomnieć, że nigdy nie miałem w sobie żyłki odkrywcy. Owszem, na samym początku zwiedziłem dla zasady Stare Miasto i Łazienki i od tego czasu kilka razy jeszcze tam wracałem. Zdarzyło mi się odwiedzić Sejm i Zachętę (przepraszam za to połączenie). W tym roku po raz pierwszy wybrałem się też do Muzeum Powstania. Długa jest jednak lista miejsc, których jeszcze nie widziałem – pałac w Wilanowie, wolskie cmentarze, Zamek Królewski, Muzeum Narodowe, Torwar, Stary Żoliborz, Cytadela, Kopiec Czerniakowski. Nigdy też nie miałem jeszcze okazji zobaczyć uroczystości i defilad organizowanych z okazji rozmaitych świąt narodowych.
Prawda jest taka, że od samego początku wolałem poznawać Warszawę z najbardziej praktycznej strony. Na co dzień skupiałem się więc na odkrywaniu tych miejsc i tych tras, które z tego czy innego powodu były mi potrzebne, a czasami niezbędne. Gdzie zjeść znośnie i w rozsądnej cenie? Gdzie zrobić najbardziej efektywne zakupy? Gdzie wydrukować potrzebne materiały jeśli nie mam drukarki w domu? Jak najszybciej dojechać z mieszkania na uczelnię? Gdzie znaleźć dentystę i fryzjera? Jak wracać do domu nocą, gdy nie funkcjonuje już dzienna komunikacja? Gdzie znaleźć dobre kino? Oto były kluczowe pytania dla świeżo przybyłego imigranta.
Dlatego „moja Warszawa” nie jest i nie będzie wyłącznie zestawem zabytków i historycznych miejsc. Nie jest stolicą z jej wątpliwym splendorem. Nie jest również wielkim blokowiskiem, śmierdzącym Dworcem Centralnym, obojętnym tłumem czy zakorkowanymi ulicami – przez których pryzmat chciałoby ją widzieć wielu nieżyczliwych rodaków. Jest czymś o wiele bardziej realnym, wręcz przyziemnym. Gdy myślę o Warszawie widzę oczami duszy sieć dziesiątek miejsc rozsianych po wszystkich dzielnicach, które w zależności od przypadku czyniły bądź nadal czynią moje życie: prostszym, przyjemniejszym, czy po prostu bardziej funkcjonalnym. Będzie to więc warszawskie metro bez którego nie wyobrażam dziś sobie życia w Warszawie. Chińska restauracja na Placu Zbawiciela, gdzie student jak ja mógł bez większych obaw napełnić żołądek nie ryzykując jednocześnie opróżnienia portfela. Balkon w mieszkaniu na Ursynowie, gdzie przy panoramie na Aleję KEN i wielkie blokowisko urządzało się lepsze posiadówy niż w najbardziej wylansowanych knajpach. Położony naprzeciwko sklep ze zdrową żywnością, gdzie łatwo można było pozbyć się sporej części stypendium ale takich wędlin, chleba lub makreli nie znalazłem w Warszawie nigdzie wcześniej ani nigdzie później. Tawerna „Gniazdo Piratów” na Bielanach – mekka dla miłośników szant, do których się zaliczam. Różowy gmach warszawskiej SGH, który z rozmaitych powodów ja – student UW – poznałem lepiej niż rodzimy kampus. Nieistniejący dziś kebab „Amira” przy Marszałkowskiej - przez długie lata ostatni przystanek na trasie „sobotnia impreza - dom”. Mój stały dentysta na Powiślu, stały fryzjer przy Dąbrowskiego, autobus nocny N37, który przez 5 lat dziwnym trafem zawsze utrzymywał status mojego stałego nocnego środka transportu mimo pięciokrotnej zmiany mieszkania.
Ale wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o czysto przyziemne sprawy. Na mojej liście znajdzie się bowiem także antykwariat przy ulicy Dąbrowskiego, który zarobił już na mnie nie jedną złotówkę, Biblioteka PISM przy ulicy Wareckiej - jedyne chyba tego typu miejsce w Warszawie, gdzie czułem się jak mile widziany gość, a nie intruz zakłócający dostojny spokój świątyni książek i jej dumnych kapłanów, stoiska przy Świętokrzyskiej, gdzie panowie o „praskiej” powierzchowności oferowali swego czasu pełen asortyment od Manueli Gretkowskiej po Henryka Pająka, kino „Atlantic” na Chmielnej – bardzo przyjemna odmiana od multipleksów pozbawiona jednak drażniącego mnie „intelektualnego” zadęcia. Last but not least wspomnieć też trzeba stołeczne parki - zwłaszcza Arkadię, gdzie odkryłem że obserwowanie terytorialnych przepychanek między kaczkami, a kurkami wodnymi ma całkiem skuteczne właściwości uspokajające.
Czy opisane wyżej podejście w jakiś sposób mnie zubożyło? Nie sądzę. Przyznaję, że nie jestem z siebie dumny, gdy podliczam ilu ważnych miejsc jeszcze w Warszawie nie widziałem. Wierzę jednak, że wszystko po prostu musi przyjść z czasem. I kto wie może ta zwłoka pozwoli mi poznać Warszawę lepiej niż by się mogło wydawać – zresztą mam wrażenie, że pod pewnymi względami już tak się dzieje. Przez te lata wiele razy chodziłem na przykład wzdłuż ulic usianych skromnymi tablicami Tchorka stopniowo odkrywając w sobie zainteresowanie historią okupowanej Warszawy i Powstania. W rezultacie mam dziś na półce sporą kolekcję książek o tym okresie, a na koncie ponad 25 haseł na wikipedii z nim związanych. Niech to będzie mój wkład, skromny bo skromny, w popularyzowanie historii w epoce Dzieci Neostrady :) Zdaję sobie sprawę, że w tym tempie Varsavianistą raczej nie zostanę ale jest szansa, że 25 lat pisząc podobną notkę nie będę miał powodu, aby w tytule umieszczać owego „ignoranta”.
Warszawa oczami ignoranta
-
@ Maciej Konarski
-
@Zdzislaw Sztorm
Z tym zwiedzaniem samochodem to dobry pomysł, też o tym kiedyś myślałem. Muszę się jednak jeszcze tylko dorobić tych czterech kółek ;)
"syndrom zachłyśnięcia się miastem, puszczenia hamulców, poczucia magii bycia anonimowym"
To rzeczywiście dość częsty syndrom. Dotyka każdą kategorię przyjezdnych, choć osobiście mam wrażenie (znów przepraszam jeśli generalizuję), że najbardziej nań narażeni są ci, którzy przyjeżdżają do Warszawy pracować i to od razu za w miarę dobrą pensję.
-
@Maciej Konarski
Jasne. Żyjąca skromnie rodzina w zapomnianym miasteczku, potem studia i ciułanie każdej złotówki i nagle po studiach odwrócenie sytuacji o 180'. A potem tylko "dziwki i koks" bez umiaru. Ale to już chyba powoli zanika, bo i dysproporcja nie jest tak wielka.
-
Praga
Panowie, bez przesady z tym zwiedzaniem Pragi samochodem, albo z unikaniem jej. Chodziłem tam wiele lat do podstawówki i jak nie szukałem guza, to go nie znajdowałem. A byłem częstym gościem w takich miejscach jak Brzeska, Ząbkowska, Targowa, na Różyckiego się zachodziło. Do dziś tam bywam, przemierzam trasę między Wileniakiem a Dworcem Wschodnim lub stadionem co parę i jakoś żyję ;-)
Fakt, że okolice ronda Wiatraczna i akademika na Kickiego bywają nieciekawe - ale na Pragę Południe nie zapraszam. Polecam Pragę "środek" - tereny wokół Dworca Wileńskiego.
Na Pradze do obejrzenia: oczywiście Szmulki, oczywiście okolice kościoła św. Floriana i kina Praha, polecam też Bazylikę na Michałowie (to jest okolica między Szmulkami a Targówkiem Fabrycznym). Warto rzucić okiem na budynek dyrekcji PKP, dawniej było tam też chyba dowództwo sił ZSRR w Polsce a w każdym razie kupa ruskich zawsze się kręciła. Polecam też zobaczyć zajezdnię na Kawęczyńskiej, dawną Fabrykę Konesera na Ząbkowskiej, no i oczywiście prawosławną Bazylikę pw. Marii Magdaleny koło Wileńskiego. Jest co oglądać.
Pozdrawiam
-
@Grim Sfirkow
Praga Pld., czyli glownie Grochow jest cool jak nabardziej. Jedna z nielicznych juz warszawskich dzielnic z dusza.
Stare uliczki w okolicach Pl. Szembeka (ladny kosciol). Urocze osiedle TOR na wschod od tego kosciola (zapomnialam pod jakim wezwaniem), ze znana przed wojna szkola. Olszynka Grochowska - historia.
Dobry bazar "na Szembeku". Rozmaite postindustrialne klimaty w okolicach PZO (i SWPS) na Grochowskiej.
Kic i okolice (lata 50., troche przedwojnia) tez maja swoja "narracje". Jeden z marcowych przywodcow - Jozef Dajczgewand, ktorego Gomulka osobiscie wymienial z nazwiska, byl bodajze stamtad (oryginalnie chyba z Lodzi z bardzo biednej rodziny). Pisze na s24 czasem przeciez, chyba ze Szwecji.
Okolice Grenadierow z budynkami z lat 30. Wedel d. 22 Lipca i rogatki,kosciol na Kamionku z historia, pieknie polozony.
Wiosna ogrodki dzialkowe z pieknymi drzewami i kwiatami. Park Skaryszewski, moim zdaniem najladniejszy w Warszawie nie liczac Lazienek.
No i Saka Kepa,ktora tez sie do Pragi Poludnie zalicza, a ktora trudno chyba dezawuaowac.
-
@zukosa
Słusznie, oczywiście Praga Południe też ma swój klimat. Ja po prostu rzadziej tam bywam. Warto też wybrać się kolejką nadwiślańską w kierunku południowym, na Otwock i Dęblin. Żonę stamtąd przywiozłem ;-)
Pozdrawiam
-
@Grim Sfirkow, zukosa
Obiektywnie macie rację, że prawy brzeg taki straszny nie jest ale trochę, hmm, dystansu mi pozostało po tym "powitaniu" :)
Piszę w lubczasopismach
-
23.09.2011 13:43
-
29.09.2010 20:39
-
28.07.2010 20:13
-
12.07.2010 23:48
Ostatnie notki
-
Warszawa oczami ignoranta
Jestem Warszawiakiem stosunkowo świeżej daty, z zaledwie 8-letnim stażem. Czy w moim przypadku słowo...
29.09.2010 19:15 7 -
Powstanie warszawskie – nic zabawnego, nic romantycznego
Przeglądając dziś salon24 natrafiłem przypadkiem na post Lumpen-blogera o eksploatowaniu przez popkulturę tematyki...
28.07.2010 20:01 57 -
Somalia - czas ucieka
Najkrwawszy od 12 lat zamach terrorystyczny w Afryce po raz kolejny udowadnia, iż Somalia staje się powoli największym...
13.07.2010 21:33 0
Moje ostatnie komentarze
-
"Tak na marginesie to warto zauważyć, że w historii żadna prywatna firma nie dopuściła się...
01.05.2011 19:22
-
Informował Pan w tej sprawie jakieś służby jeśli wolno spytać? Mam nadzieję, że ktoś...
21.04.2011 19:07
-
Oj to raczej suma wielu źródeł ponieważ kompleksowej pozycji też nie udało mi się...
06.12.2010 18:17
-
Skoro mowa o Afryce i prezerwatywach
To pozwolę sobie polecić pewien tekst swojego autorstwa ...
27.11.2010 19:23
-
"I gdzie lepiej?" Małopolska bez dwóch zdań. Co by o nich nie myśleć ale ludzie mają tam...
10.10.2010 19:45
Aktywne dyskusje
-
Duchy przeszłości nie opuszczają Rwandy
komentarze: 2ostatnio: MACIEJ KONARSKI
-
Watykański kozioł ofiarny
komentarze: 5ostatnio: 11TATEMONO
-
Warszawa oczami ignoranta
komentarze: 7ostatnio: MACIEJ KONARSKI
-
Powstanie warszawskie – nic zabawnego, nic romantycznego
komentarze: 57ostatnio: MADREUS
-
Łysiak, czyli o zmarnowanym talencie
komentarze: 10ostatnio: MIKI
Archiwum postów
| « | Maj 2012 | |||||
| Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So | Nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Moje tagi
Ulubione blogi i lubczasopisma
- Maciej Eckardt 356 361
- Patryk Gorgol 264 414
- Piotr Wołejko 374 1758
- Zdzislaw Sztorm 233 5125



Zwiedzanie Warszawy polecam w długie weekendy, kiedy 3/4 ludności wyjeżdża w rodzinne strony. Wtedy lubię Warszawę najbardziej.
Co do lewej strony Wisły natomiast, bo ma swój niesamowity urok. Takie Szmulki na przykład. Niesamowite miejsce. Lubię nieraz zapuścić się tam samochodem i nie opuszczając go kluczyć po uliczkach obserwując żuli w bramach, chłopców w dresach na rogach ulic i białowłose dziewczęta. Folklor.