Meksykański rząd wydaje się być dziś bezsilny wobec potęgi narkotykowych karteli. Na dłuższą jednak metę otwarta wojna z państwem może przynieść gangsterom tylko i wyłącznie klęskę.

News co prawda z brodą, lecz na tyle interesujący, że uznałem iż warto do niego powrócić. Ponad dwa tygodnie temu (13 marca) zamordowano w meksykańskim Ciudad Juarez trzy osoby powiązane z tamtejszym konsulatem USA. W pierwszym zamachu zginęła ciężarna pracownica konsulatu Lesley Enriquez oraz jej mąż Arthur Redelf – oboje obywatele USA. W drugim ataku śmierć poniósł Alberto Salcido, Meksykanin którego żona pracowała w tej samej placówce. Dwoje ich małych dzieci odniosło rany. W ostatni wtorek meksykańska policja poinformowała o schwytaniu pierwszego podejrzanego w tej sprawie.

Wszystkie te zbrodnie od razu przypisano wszechpotężnym meksykańskim kartelom narkotykowym, które już wcześniej odgrażały się, iż rozpoczną ataki na amerykańskich dyplomatów w odwecie za pomoc jaką Waszyngton udziela prezydentowi Felipe Calderónowi w jego walce z Narkotraficantes. Prezydent Obama i Sekretarz Stanu Clinton potępili oba morderstwa oraz zapowiedzieli zwiększenie wsparcia dla rządu Calderóna. Jednocześnie czasowo ewakuowano rodziny pracowników amerykańskich konsulatów, znajdujących się przy granicy Meksyku z USA.

Zamachy sprzed dwóch tygodni to kolejny dowód na rosnącą zuchwałość meksykańskich Narkotraficantes. Prezydent Calderón zainicjował swoją antynarkotykową ofensywę trzy lata temu, lecz jej efekty są na dzień dzisiejszy dość mizerne. Kartele zareagowały bowiem wypowiedzeniem meksykańskiemu państwu otwartej wojny, która przyniosła ogromną liczbę ofiar i zdestablizowała cały kraj. Od 2006 roku zginęło już według niektórych obliczeń blisko 18 tysięcy ludzi - w samym tylko Ciudad Juarez śmierć dosięgła w ubiegłym roku blisko 2500 osób. Calderón mimo wysłania kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy na ulice i miliardowej pomocy ze strony USA nie jest póki co w stanie złamać potęgi karteli, które obracają ogromnymi funduszami uzyskanymi dzięki przemytowi narkotyków do USA oraz dysponują tysiącami świetnie uzbrojonych i bezwzględnych „silnorękich”, nie wahających się zabijać nawet najwyższych przedstawicieli władz. Sytuację pogarsza fakt, że policja i meksykańskie struktury państwowe są dogłębnie przeżarte korupcją. W tej sytuacji światowa prasa zaczęła alarmować, iż „Meksyk przegrywa z kartelami narkotykowymi”. Doszło nawet do tego, że Pentagon w swej prognozie z listopada 2008 r. umieścił Meksyk w gronie krajów najbardziej zagrożonych nagłym upadkiem (obok Pakistanu).

Zuchwałość i bezprecedensowa brutalność Narkotraficantes jest jednak tym, co najszybciej doprowadzi ich kartele do upadku. Bynajmniej nie nastąpi on jednak z powodu odwetu rozgniewanego zamachami w Ciudad Juarez Wuja Sama, choć nie ma wątpliwości, że narkotykowa wojna prowadzona tuż przy granicach USA oraz jej wpływ na wewnętrzną sytuację w tym kraju, będzie zmuszać Waszyngton do dalszego zwiększania wsparcia dla meksykańskiego rządu. Przyczyna leży gdzie indziej. Po prostu meksykańscy gangsterzy złamali starą mafijną zasadę, która mówi, iż przestępcza działalność rozwija się najprężniej wtedy, gdy mafia potrafi żyć w względnej symbiozie ze strukturami polityczno-państwowymi. „Tisze jediesz, dalsze budiesz” – to rosyjskie powiedzenie nie sprawdza się nigdzie tak dobrze, jak właśnie w tym przypadku. Z kolei za każdym razem, gdy zorganizowana przestępczość rzucała otwarte wyzwanie państwu kończyło się to zmierzchem jej wpływów. Potęga sycylijskiej Cosa Nostry była niezagrożona tak długo, dopóki Toto Riina nie uroił sobie, że zamachami na sędziów, prokuratorów, policjantów i polityków zdoła zastraszyć państwo włoskie. W ten sam sposób nastąpił upadek potężnego kolumbijskiego kartelu z Medellin i jego legendarnego bossa – Pablo Escobara.

Efektywnie brzmiące ostrzeżenia przed obaleniem meksykańskiego państwa przez narkotykowe kartele też należy włożyć między bajki. Bądźmy realistami - państwo meksykańskie ma w sobie wiele słabości ale w żadnym wypadku nie można go porównywać z emferycznymi bytami państwowymi z Afryki czy Środkowego Wschodu. Wojna którą wydały mu kartele w końcu skończy się więc porażką gangsterów, nawet jeśli jak słusznie zauważa Marcin Maroszek „będzie to długi i ciężki proces, który nie zakończy się wraz z kadencją prezydentów Calderóna i Obamy”.